Dodatkowe zajęcia

Młody chodzi do 5 klasy, ale od początku 4-tej straszą egzaminem 6-klasisty, jakby od jego wyniku zależało życie dziecka. Osobiście uważam, że dzieci wiedzę powinny wynosić ze szkoły, a w domu ją tylko utrwalać i – w zakresie swoich zainteresowań – poszerzać. Tymczasem okazuje się, że u niego w klasie nie ma dziecka (poza nim), które nie chodziłoby na dodatkowe lekcje. Ba, niektórzy nawet jakieś tam zajęcia mają codziennie. Moim zdaniem to nadmierne obciążanie dziecka i kierowanie go od najmłodszych lat na „wyścig szczurów”. No a przecież powiedzmy sobie szczerze: gimnazjum jest szkołą obowiązkową, więc bez względu na wynik egzaminu 6-klasisty, szkoła w regionie ma obowiązek przyjąć dziecko. Po co więc siać panikę? Zastanawiam się jednak coraz częściej czy nie zapisać Młodego na jakiś język skandynawski, niemiecki, albo angielski pod punktem ewentualnej emigracji, bo śledząc to, co się dzieje lepiej zapewnić dziecku jakiś „wentyl bezpieczeństwa”. Podobno nawet dobra szkoła angielskiego znajduje się na naszym osiedlu, więc nie trzeba by było go nigdzie wozić. Jedynie sam pomysł wkręcania go na dodatkowe zajęcia na pewno nie przypadnie mu do gustu. Ale może tak będzie lepiej patrząc „przyszłościowo”…