Nowy Rok, nowe nadzieje

Nowy Rok przyniósł nam nowe nadzieje. Większość ludzi chyba nie pamięta tak znienawidzonego roku jak poprzedni, którego pożegnaliśmy z wielkim uczuciem ulgi. I z wielką nadzieją, że kolejny będzie lepszy. I tylko od wyjątkowych żartownisiów, z wyjątkowo czarnym poczuciem humoru, można było usłyszeć: obyśmy z sentymentem nie wspominali za rok jak to było super w poprzedniego Sylwestra…

Każdy ma nadzieję, na powrót do normalności i na to, że nie utrwalą nam się zwyczaje z tego roku. To znaczy, że pracodawcy jednak nie wprowadzą home office jako bardziej ekonomicznej pracy, że nie pozostaną nam zwyczaje chodzenia w dresie albo w piżamie przez cały dzień, że wrócimy do aktywności i wychodzenia z domów dla sportu i spotkań. Że znowu będziemy mogli posiedzieć spokojnie w knajpce czy na koncercie. Że wróci normalne nauczanie w szkołach i na uniwersytetach. Że wrócą podróże – te bliższe i dalsze. No wiecie. Normalność.

To chyba najczęściej wypowiadane i otrzymywane życzenia świąteczne i noworoczne – dużo zdrowia i powrotu do normalności. Po tym szalonym, nienormalnym roku, pozostawię także te życzenia na moim blogu. Oby 2021 rok przyniósł nam powrót do normalności. I dużo zdrowia.

Dzieci na zdalnym nauczaniu

Na początku była euforia, że nie trzeba chodzić do szkoły. Była radość, że można się wyspać, że nie będzie sprawdzianów. Było kombinowanie jak tu się wymigać od zdalnego nauczania. Czasem prawdziwe – kiedy kilkoro rodzeństwa nie miało sprzętu do jednoczesnego udziału w różnych lekcjach, w różnych klasach. Pewnie do dziś są rodziny, które mają z tym problem. Czasem udawane – bo skoro można sobie w tym czasie pograć, albo pogadać ze znajomymi, to po co tracić go w szkole?

Była też frustracja rodziców na przerzucanie obowiązków nauczania dzieciaków ze szkoły na rodziców. Czas pokazał, że nie da się wszystkiego ogarnąć zdalnie. I że nie wszyscy potrafią się zmobilizować do takiego trybu nauki. W sumie to ta frustracja trwa nadal, gdyż po miesiącu – dwóch (w zależności od klasy) dzieci i młodzież powrócili do zdalnego nauczania.

Teraz jest zniechęcenie. Dotychczasowe plusy zeszły na plan dalszy. Dzieci potrzebują kontaktów z rówieśnikami. Nie tylko takich online, ale na żywo. Potrzebują prawdziwych rozmów, zabawy, normalnej nauki. Coraz więcej z nich się zaniedbuje. Coraz więcej z nich zaniedbuje naukę. I coraz więcej zaczyna wpadać w nastroje depresyjne.

Każdy ma nadzieję, że to wszystko szybko się skończy, ale to co opowiadają lekarze nie napawa optymizmem. Jest coraz gorzej, więc o światełku w tunelu na razie w ogóle nie może być mowy. A skoro służba zdrowia „leży”, nie sądzę, żeby rządzący podjęli decyzję o powrocie dzieci i młodzieży do szkół. W końcu to decyzja o rozpoczęciu stacjonarnej nauki we wrześniu napędziła zachorowalność, nad którą już nie panujemy.

Każdy ma nadzieję, że jego ominie zachorowanie, albo że będzie przechodził je łagodnie, ale jak będzie w rzeczywistości to dopiero się okaże. Wirus jest na pewno wredny, więc w tej sytuacji nie ma pewniaków. Jak pokazują statystyki nikt nie jest „niezniszczalny”. Różnie to bywa.

I tylko dzieci żal… No dobra, nie tylko ich…

To co mamy

No to pokrótce o tym co mamy. Otóż mamy:
– wiosnę. Kalendarzową, astronomiczną, w pogodzie…. hmm… przez ostatni tydzień zimno, z dużymi przymrozkami w nocy, więc raczej zima, ale zapewne wkrótce przyjdzie i wiosna,
– Wielki Post, który w tym roku może potrwać bardzo długo, jeśli przesuną święta, a taka koncepcja jest rozważana (!),
– ze względu na COVID-19 mamy zakaz wychodzenia z domu poza koniecznymi przypadkami, zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób (wprowadzony przed sezonem grillowym), zamknięte granice, zamkniętych wiele sklepów, bary, restauracje, hotele, schroniska, przedsiębiorstwa, szkoły, uniwersytety, itd. Zasadniczo: mamy stan epidemii, a nawet pandemii,
– słoneczną pogodę za oknem,
– bum na zakupy internetowe,
– wyjątkowo tanie paliwo, którego nikt nie kupuje, bo mamy zakaz wychodzenia z domu i wycieczkowania się,
– sejm pracujący on-line,
– uczniów i studentów uczących się on-line,
– dużo wolnego czasu (przynajmniej niektórzy),
– mamy też niestety coraz więcej chorych i zmarłych 🙁

W skrócie: mamy świat w czasach zarazy. Na której niestety niektórzy chcą zarobić 🙁

Wszystkiego co najmniej dobrego

Wpis będzie krótki, ale będzie, bo zauważyłam, że długo tu nie zaglądałam.

Krótki, bo jutro Sylwester, a ja nadal „w lesie”, bez prowiantu i przejrzenia ciuchów. Nie, nie robię u siebie imprezy i nie potrzebuję pięknej kiecki i odjechanych szpilek. Nawiązując do wcześniejszego zdania, impreza będzie w lesie 🙂 A właściwie na leśnej polanie, w górach.

Z prowiantu potrzebuję więc kiełbachy na ognisko, świeżego pieczywka, musztardy i ketchupu. Plus szampan i jeszcze coś tam do picia. W ramach sylwestrowych „dekoracji” zamierzam…. pomalować paznokcie 😀 No, może założę jakieś błyszczące kolczyki. Muszę za to przejrzeć ciepłe ciuchy i buty, żebym zębów nie pokruszyła stukając nimi z zimna 😉

Takiej imprezy sylwestrowej jeszcze nie miałam, więc jak kolega rzucił hasło i okazało się, że kilkanaście osób odpowiedziało na nie entuzjastycznie, też postanowiłam się przyłączyć. A co. Oby niebo było przejrzyste, gwiaździste, bo atmosfera na pewno będzie prima sort 😉

Kończąc życzę Wam wszystkiego co najmniej dobrego w Nowym Roku – tego samego czego byście sobie sami życzyli (tylko kombinujcie dobrze) 🙂

Turystyczne grupy na FB

Turystyczne grupy na FB to moje odkrycie ostatnich miesięcy. Do pierwszej zaprosiła mnie koleżanka. Wybrałam się z nimi na wspólną wędrówkę i bardzo mi się spodobało. Jakoś nie mam oporów z umawianiem się na łażenie z obcymi ludźmi. Może też dlatego, że mam farta do miłych ludzi (odpukać). W sumie po trzech wycieczkach poznałam ich na tyle dużo, że teraz niemal zawsze trafia się ktoś znajomy.

Aktualnie jestem zapisana do czterech. Odpadł problem co tu robić w weekend, kiedy rodzinie i znajomym nie chce się nigdzie ruszać, a ja nie mogę wysiedzieć, bo mam ochotę „przewietrzyć głowę”. Wrzucam ogłoszenie albo odpowiadam na któreś i zawsze znajdzie się jakiś chętny/chętna do wspólnej wyprawy.

I pomyśleć, że długo unikałam FB ze względu na to, że jest to potworna strata czasu. A tu proszę – potrafi się przydać. Chociaż czasu też sporo na nim tracę (mea culpa). Na szczęście na razie bilans zysków i strat wychodzi na plus 😉

Dzień dobry

Dzień dobry w nowym miejscu i na wordpressie. Właśnie pisałam, że nie idzie mi źle, skoro udało mi się importować tu bloga, którego musiałam przenieść z bloxa i zaczął się wyświetlać 🙂

Tekstu pochwalnego pod swoim adresem było więcej, więc dla przytarcia nosa, złośliwe oprogramowanie zrobiło mi psikusa i gdzieś w tym momencie coś się posypało i tekst wsiąkł.

A zatem dopóki nie nauczę się porządnie, albo chociaż mniej – więcej obsługi tego systemu, nie będę się wymóżdżać i rozpisywać, bo nigdy nie wiadomo czy i kiedy się wszystko sypnie…

Zanotuję tylko, że po wielkim, radosnym zeszłorocznym święcie 100 rocznicy odzyskania niepodległości, w tym roku obchodzimy smutną rocznicę (broń Boże nie święto) 80. rocznicy rozpoczęcia wojny.

Znów 22

Przeglądając poprzednie wpisy, zauważyłam, że mój blog przyciąga mnie wyjątkowo w 22 dni miesiąca 🙂

Wrzesień się skończył, a wraz z nim „atak absurdów”. Choć oczywiście od czasu do czasu nadal się zdarzają, ale już nie tak nachalnie.

No i najważniejsze – żadnego kursu od czasu pechowego września nie opuściłam 🙂

Poza tym wszystko tak bardzo ok, że nie ma o czym pisać 😉

Zalew absurdów

Zapisałam się na kurs. Nie ważne jaki. Chodzi o to, że były już 3 zajęcia, a ja byłam tylko na jednych. I to bynajmniej nie dlatego, że się migam (i to na początku), tylko cały czas coś mi przeszkadza w dojechaniu na nie. Na pierwszych nie byłam, bo nie dostałam maila o zmianie godziny. Dowiedziałam się o tym po fakcie. Na drugie, choć z wielkimi problemami, dojechałam. Na trzecie postanowiłam pojechać autobusem, żeby być taka eko 🙂 Pech chciał, że po drodze na przystanek dopadła mnie taka ulewa, że dotarłam do niego kompletnie przemoczona. Wróciłam się przebrać. I wtedy wyszło słońce… Klątwa jakaś. W ogóle wrzesień upływa mi pod znakiem absurdów. Z taką ilością idiotyzmów i dziwnych zbiegów okoliczności już dawno się nie spotkałam… Nie lubię kiedy czas szybko upływa, ale niech się już ten miesiąc skończy.

Powodzie

Miałam jechać w tym tygodniu w góry. Na szczęście odwołałam rezerwację. Co prawda straciłam wpłaconą zaliczkę, ale jak widzę co się dzieje, to wychodzi mi, że mogłam stracić dużo więcej. Bo nie dość, że musiałabym zapłacić za cały pobyt, to po górach byśmy sobie nie pochodzili, tylko pewnie jeszcze więcej wydałoby się na „podjadanie” i „pamiątki”, które po przyjeździe wylądowałyby w szafkach. A na południu nadal powodzie. Drugą część urlopu będę miała w sierpniu. I tak się zastanawiam czy wtedy jechać w te nasze góry, czy zaklepywać coś pewnego za granicą… Niby wolałabym tu, ale gdyby miała się powtórzyć sytuacja… Chyba na wszelki wypadek przejrzę oferty do Grecji i na Kanary.

Odpoczywam od planów

Poprzedni rok, mój rok, a nie kalendarzowy, upłynął mi na spisywaniu planów i ich realizacji. Żeby być szczerą należałoby napisać, że na dążeniu do ich realizacji, bo nie wszystko się udało. Później pojawiło się pytanie – po co? Czy to ma sens? Zweryfikowałam plany, zastanowiłam się czego najbardziej potrzebuję i wyszło mi na to, że przyjemności. Przyjemnego spędzania życia. Wykonywania czynności, które sprawiają radość, dają poczucie szczęścia. Wszystkie plany, które nie mają tego celu, a były tylko chwilowym widzimisię, jakąś ambicją czy nieprzemyślanym założeniem, poszły na bok. Teraz mniej się dzieje, ale bez presji, że coś muszę. Wręcz przeciwnie: nic nie muszę 🙂 To bardzo przyjemna świadomość.