Piątkowe popołudnie
W końcu nastało nam piątkowe popołudnie 🙂 Jakoś ten tydzień dał mi w kość. Może to przez tę zmienną pogodę, może przez to, że wszyscy w pracy i w domu mi kichają, kaszlą i smarkają, a może dlatego, że się wkręciłam w wieczorno-nocne czytanie i nie dosypiam, a może przez tę idiotyczną hinduską muzykę, którą mnie ostatnio raczą współpracowniczki, a która wyjątkowo mi działa na nerwy, tak czy inaczej: brakuje mi odpoczynku. Oczywiście w weekend odczucie odpoczynku jest pozorne, bo i na większe zakupy trzeba się wybrać i posprzątać, ale przynajmniej człowiek wstanie o bardziej przyzwoitej godzinie i nie czuje nad sobą presji pracy.
Moja siostra śmieje się, że powinnam zastanowić się nad sobą, bo wszyscy wokół chorzy, a ja nie, a babcia zawsze powtarzała: złego licho nie bierze, więc co przeskrobałam? W zasadzie tak sobie myślę, że nic, więc albo przysłowie się nie sprawdza, albo w końcu na mnie przelezie… A, i jeszcze zwierza mi się rozchorowały…
W zeszły weekend zaszalałam na wyprzedażach, ale było warto. Co prawda wiele rzeczy poleży do przyszłego roku, ale kupiłam np. buty za 30 procent ich pierwotnej ceny i kurtkę przecenioną o 50 procent, czyli rzeczy, które miałam kupić jesienią, tylko że wtedy wydałabym na nie dużo więcej kasy, a tak już mam, a jesienią będę mogła więcej przeznaczyć na prezenty świąteczne 😉
W ten weekend czeka mnie jeszcze jedna przyjemność – pół rodziny przekazało mi swoje pity do rozliczenia. Doprawdy, nie jest to niewiedza z ich strony, tylko czyste lenistwo. Przy tych rozliczeniach i tych programach, które teraz są na rynku i to za darmo przepisanie rubryczek to tylko formalność. No ale nic. Robię za rodzinne biuro rachunkowe. Siądę pewnie jutro wieczorem i poprzepisuję. Nas już rozliczyłam. Ciekawe ile w tym roku poczekamy na zwrot podatku.
A ponieważ zbliża się wiosna, tradycyjnie zaczyna mnie kusić zmiana fryzury. Pytanie tylko czy wybrać coś radykalnego czy wprowadzić tylko małe zmiany w wyglądzie…