Młodzieżowe skróty

Zasadniczo uważam, że stosowanie skrótów jest dobre i nie wyobrażam sobie jak można przebrnąć przez studia nie stosując ich. Kiedyś uczono, że każdy sam powinien opracować sobie swój system skrótów, tak aby treść była dla niego czytelna. Ogólnie natomiast stosowano skróty zwrotów i słów długich lecz „powszechnie” używanych, takich w rodzaju: itp., itd., cdn., pt., m.in., np. …

Dziś rozpowszechnianiem skrótów zajmuje się FB i wszelkiej maści „mesendżery”. Nie są to skróty wymyślane indywidualnie, ani na potrzeby robienia szybkich notatek z obszernych treści. Wprost przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że rozmowy nastolatków prowadzone w ten sposób są bardzo ubogie w treść i „płytkie”. I że to raczej lenistwo, a nie konieczność dyktuje potrzebę wprowadzania skrótów. Bo jak inaczej uzasadnić stosowanie skrótu zwrotu „ok” jako „k”… (skracanie dwóch liter do jednej!). Inne „perełki” to:
– cb – ciebie,
– zw – zaraz wracam,
– jj – już jestem,
– cr – co robisz,
– msc – miesiąc/-e,
– cp – nie, drodzy chemicy, to nie stężenie procentowe tylko skrót od „co porabiasz” 🙂

i na koniec 2k17 oznaczające rok 2017 – doprawdy, mało kreatywnie.

A Wy co sądzicie o stosowaniu takich skrótów?

Takiego uproszczenia nawet David Mitchell nie przewidział, choć podążał w dobrym kierunku 🙂

Sklepy internetowe

Właśnie chciałam kupić półki w jednym z wielu sklepów internetowych. Przed zakupem coś mnie tknęło, żeby do nich zadzwonić, bo nie mogłam znaleźć informacji ile kosztuje przesyłka. Okazało się, że niedoróbek jest więcej, ponieważ – poza brakiem informacji o kosztach dostawy – oferowanej półki już dawno nie ma na stanie… Ciekawe po jakim czasie bym się o tym dowiedziała i ile czekałabym na zwrot kasy…

Suplementy

W końcu ktoś wziął się za problem suplementów, a konkretnie NIK. No i w trakcie kontroli wyszło to, o czym część aptekarzy mówi już od dawna, czyli że nikt nie wie (bo nie jest to kontrolowane) co tak naprawdę jest w ich składzie i to zarówno co do ilości deklarowanych składników, jak i tego czy są one rzeczywiście w składzie. No i nie wiadomo co poza tym się w nich znajduje. A suplementy są nie tylko „wciskane” nam w reklamach, ale często polecane także w aptekach czy też przez lekarzy. Bo nawet większość tabletek uzupełniających witaminy czy sole mineralne to suplementy diety. W dodatku ciągle nam wmawiają, że mamy ich za mało, mimo że odżywiamy się lepiej niż nasi przodkowie, którzy nie mieli dostępu do takiego wachlarza produktów, a jakoś żyli. A Polacy niestety kupują ich ogromne ilości i wydają na nie krocie w nadziei na zdrowsze, lepsze życie, co gorsza nie tylko swoje, ale także swoich dzieci. A później się okazuje, że np. w probiotykach, podawanych w końcu w trakcie antybiotykoterapii, kiedy to organizm jest osłabiony, aplikujemy sobie dodatkowo jakieś niezidentyfikowane drobnoustroje. I wychodzi na to, że Polacy chcą być zdrowi, ale – pakują w siebie „cudowne tabletki” na wszystko, palą w piecach co się da, żeby było ciepło, jednocześnie wkurzając się na smog. Jesteśmy chyba jednym z dziwniejszych narodów świata, jeśli chodzi o to co robimy versus ocenę tego co robią „inni” (mimo, że sami jesteśmy często w tej grupie).

Dobra, trzeba wracać do pracy, jeszcze trzy i pół godziny i do domku, ale najpierw trzeba zamówić papier, przejrzeć co tam jeszcze wpłynęło na skrzynkę odbiorczą, odpowiedzieć na co się da, albo „forwardnąć” do kogoś innego 🙂

A od poniedziałku (a właściwie od jutrzejszego popołudnia) dzieciaki z naszego województwa w końcu będą miały ferie zimowe. Ciekawe czy sypnie im trochę śniegiem…

Po…

Poprzednio pisałam o minionych Andrzejkach, więc tym razem niech będzie łącznie o grudniu, który już za nami. Kiedyś był to mój ulubiony miesiąc i nie było ważne, że chodziło się wtedy do szkoły. Swoją drogą jakoś w grudniu wtedy następowało małe rozprężenie, bo nauczyciele najwyraźniej nie mieli sumienia gnębić szkolnej gawiedzi przed świętami. Teraz trochę się zmieniło, odkąd trzeba spojrzeć na święta od drugiej strony, czyli tej organizacyjnej. Sprzątanie, bieganie, gotowanie, pieczenie, kupowanie wszystkiego, przepychanie się, wybieranie choinki, ubieranie jej, wykłócanie się kto co ma zrobić… Masakra. A wszystko po to, żeby przez dwa dni było miło… głównie innym, bo samemu jeszcze przed Wigilią pada się na pysk 😉 Na szczęście grudniowe wysiłki nadal potrafią umilić prezenty i te wybierane dla innych i te otrzymywane samemu czy to z okazji mikołajek, czy świąt. No i zakupy przedsylwestrowe, bo przecież nie można wejść w Nowy Rok, który z założenia ma być lepszy, w tym w czym się już paradowało i co zostało „skażone” tym gorszym rokiem 🙂 To takie moje – przyznam trochę pokrętne – wytłumaczenie dlaczego nowa sukienka, buty i bielizna 🙂 Grunt, że działa, choć od czasu do czasu słyszę wyrzut, że „i co, może mąż też ma być nowy” 😉 

A wracając do tematu „po” – po mikołajkach i świętach stałam się szczęśliwą właścicielką kilku pięknych rzeczy – książek, płyt i biżuterii, i kilku grzesznych – słodyczy, które zapewne odłożyły mi się już w miejscach, w których nie powinny 😉 Po Sylwestrze stałam się także szczęśliwą posiadaczką kilku fajnych ciuszków, a w Nowym Roku – może mniej szczęśliwą, ale za to bardziej upartą i zawziętą (póki co) posiadaczką kilku trudnych do zrealizowania postanowień noworocznych. Ale ponieważ nawet trudne do zgryzienia orzechy czasem da się rozłupać, to liczę na to, że i któreś z moich postanowień da się doprowadzić do szczęśliwego końca 🙂

Po Andrzejkach

W Andrzejki zebrałyśmy się w parę bab z Angeliką, z braku Andrzeja i poświętowałyśmy trochę 🙂 Miło tak od czasu do czasu odsapnąć od codziennych spraw i pogadać o pierdołach. No, może nie zupełnie udało się uciec od codzienności, bo jesień mamy wyjątkowo chłodną, więc temat poszybował m.in. przez brzydką pogodę, korki nią spowodowane, konieczność zakładania na siebie więcej ciuchów niż w zeszłym roku o tej porze, konieczność ubierania co rano cieplej dzieciaków albo przypilnowania, żeby się same cieplej ubrały (w zależności od tego w jakim są wieku) – co jednak zawsze bez względu na to ile mają lat nastręcza mnóstwo problemów. Małe modnisie nie chcą ubierać grubych rajtuzów, nastolatki uciekają od czapek, szalików i rękawiczek, itd. Dalej poszło na to, że znowu popłyniemy więcej za ogrzewanie. Co prawda one lubią ciepełko i ogrzewają mieszkania czy domy od początku października, chociaż w zeszłym roku dużo mniej niż w tym. Jeśli o mnie chodzi, to w zeszłym roku dosłownie na palcach jednej ręki mogłabym policzyć dni, w których włączałam ogrzewanie przed Świętami Bożego Narodzenia. Właściwie konkretniej ochłodziło się u nas dopiero w Sylwestra. Dlatego naprawdę niewiele nas to kosztowało. W tym roku na pewno będzie więcej. A że rachunki to temat rzeka, więc przeszłyśmy na coraz większe koszty energii. Sama nie wiem jak to możliwe, ale widzę tu manipulację. Kiedyś wszyscy używali normalnych żarówek i bynajmniej nie energooszczędnych sprzętów w stylu: lodówka, pralka, telewizor, itd. Dziś używamy oświetlenia led, a wszystkie sprzęty mają co najmniej kategorię A z jednym plusikiem. A mimo tego płatność za prąd to największy wydatek wśród comiesięcznych rachunków. Mam wrażenie, że koszt wytworzenia energii jest niewielki, a firma i tak musi zarobić, więc dostosowuje stawki do spadającego zużycia, żeby i tak mieć naprawdę spory zysk. No, jak sami widzicie, wystarczy wejść na temat płatności i już się kręci 😉

No, ale Andrzejki, Andrzejki i po Andrzejkach, a tymczasem zbliżają się Mikołajki… W weekend pewnie sklepy będą oblegane, więc posiedzę w domciu, posprzątam, poczytam, pooglądam TV, ale w poniedziałek trzeba będzie szybciutko wszystko kupić i zapakować… Obym tylko nie dostała znów słodyczy, bo będzie po diecie i po odchudzaniu i to jeszcze przed świętami 😉

Zimno, ale grzyby są

W sobotę była piękna pogoda, z której niestety niewiele skorzystałam, bo musiałam nadgonić zaległości w domu i pracy. Na niedzielę zaplanowałam więc wypad na grzyby. Rano okazało się, że jest tylko +9 stopni i mży. Postanowiłam jednak nie zmieniać planów, choć chłopaki kręcili nosami, że zimno i że i tak nic nie znajdziemy, bo – jeśli nawet coś było – to zostało wyzbierane w sobotę. Pojechaliśmy w zasadzie tylko na krótki spacer „dla świętego spokoju, aż do przyszłego roku” – jak to powiedzieli.

Rzeczywiście straciliśmy na tym, że nie wybraliśmy się w sobotę, bo znaleźliśmy mnóstwo świeżo wyciętych grzybów, ale „poprawiając” po innych, w ciągu 2 godzin zebraliśmy pół torby… prawdziwków i trochę kozaków 🙂 Wszystkie grzybki piękne, małe i średnie, tylko jeden okazał się być robaczywy. Takich pięknych jakościowo zbiorów jeszcze nie miałam. Teraz się suszą. Będą w sam raz do świątecznych uszek, bigosu i barszczyku 🙂

A dni i noce coraz chłodniejsze. Jeszcze trochę i trzeba będzie spać przy zamkniętym oknie…

Co się zmieniło

Ha, nie ma jak rzetelne blogowanie. Ostatni wpis z 30 maja… Od tego czasu zmieniło się wiele; tak wiele, że nawet nie miałam czasu pomyśleć o robieniu wpisów, a może nie miałam w „ferworze walki” na to ochoty… Zresztą co za różnica, skoro skutek ten sam, a reszta to tylko usprawiedliwianie się. Co więc się u mnie zmieniło?

Po pierwsze: kolor ścian w niemal całym domu 🙂 Na to przeznaczyłam czerwcowy urlop, zresztą zaległy z zeszłego roku, jak się okazało. Jest więc czyściutko, inaczej niż było, choć do kilku ścian nadal nie mogę się przyzwyczaić. Niby mi się podobają takie łagodne jasne kolory, ale trochę brakuje mi kolorystycznego „pazura”, którego od dłuższego czasu stosowałam. Cóż, jak się nie przyzwyczaję, to w przyszłym roku machnę kilka ścian dla kontrastu 😉

Po drugie: radykalnie zmieniłam fryzurę. Do tego z kolei chłopcy nie mogą się przyzwyczaić. Ponoć jest za krótka i „zbyt odjechana”. Trochę to też skutek kilku pasemek pociągniętych tonerem, który miał zejść po myciu, ale okazało się, że nie po pierwszym, drugim, ani dziesiątym…

Po trzecie: malowanie było długie, a umysł co prawda potrzebuje wypoczynku, ale nie aż tak długiego. Nudząc się przeanalizował moją sytuację zawodową i zasugerował radykalne zmiany, a konkretnie zmianę pracy. Naradziwszy się z mężem, bo taka zmiana wprowadza zawsze pewną niepewność, a czasem nerwowość, postanowiłam skorzystać z sugestii umysłu. Co prawda koleżanki stwierdziły, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, bo mam kilka stów mniej i to na początku, kiedy jest szansa na wynegocjowanie najlepszych stawek, ale ja jestem w stanie to przeboleć w zamian za plusy, których one niby nie doceniają, ale wiem, że zazdroszczą, bo już jest gadanie, że „my nie możemy sobie na to pozwolić”. A mogę: pracować 8 godzin dziennie i ani minuty dłużej, chodzić do pracy na piechotę i nie marnować czasu ani pieniędzy na dojazdy, zrobić obiad o przyzwoitej porze, wygospodarować sobie trochę czasu na zrobienie wpisu na blogu 🙂 oszczędzić nerwy, bo praca praktycznie bezstresowa. To była zresztą najważniejsza rzecz, na której mi zależało, bo czułam, że się wypalam, że zżerają mnie stresy, że przenoszę problemy z pracy do domu, itd. No i jeszcze nie muszę biegać w pełnym, mega oficjalnym „umundurowaniu”. Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i jeden minus związany z obniżką pensji (choć pozorną, bo tam więcej pracowałam i wydawałam kasę na dojazdy), uważam, że zrobiłam dobry interes.

Po czwarte: w związku ze zmianą pracy nie miałam wakacyjnego urlopu, w czasie którego mogłabym wypocząć, bo w czasie zaległego, który wzięłam pod koniec poprzedniej pracy już pracowałam w nowej… Ale to nic. W tym trybie pracy nie czuję się zmęczona. Chyba mój organizm dostał nieźle w kość, skoro nową pracę traktuje jak wypoczynek 🙂 Teraz wiem już jedno: dokumentacja cen transferowych to temat nie dla mnie. Zdecydowanie wolę coś bardziej urozmaiconego i „lajtowego”.

Po piąte: prawie minęło nam lato i nadchodzi jesień. Dziecko wróciło do szkoły, oczywiście bez entuzjazmu. Kolejny rok przed nim. Oby równie dobry jak poprzedni.

Było fajnie i miło

Ależ było fajnie i miło. Uważam, że zamiast kombinować z dodatkowymi wolnymi a to na dzieci, a to na poszukiwanie pracy, a to na żądanie, itd. w każdym miesiącu powinien być jeden 4-dniowy długi weekend. To cudownie regeneruje siły i dodaje energii. Można nadrobić zaległości w domu, odwiedzić rodzinę, pogrillować z przyjaciółmi, wybrać się na krótszą lub dłuższą wycieczkę, albo po prostu wyspać się 😉 W ten weekend wybraliśmy opcję mieszaną – odwiedziliśmy rodzinę po drodze w Góry Stołowe, pospaliśmy, posiedzieliśmy przy grillu i niemal bezalkoholowym 🙂 ze znajomymi. Koleżanki, korzystając z pierwszych upalnych dni, zdążyły się już spalić. Ja osobiście nie lubię mieć opalonej twarzy, a poza tym od pocenia się na słońcu (wyjątkiem jest nadmorska plaża) zdecydowanie wolę spacery. A tych zafundowaliśmy sobie naprawdę sporo biorąc pod uwagę nasz standardowy tryb życia. Moja kondycja to coś strasznego. Nie daj Bóg, żebym musiała przebiec gdzieś w pośpiechu kilkaset metrów, bo pewnie skończyłoby się szybko z twarzą na poziomie parteru, zadyszką i kaszlem byłego palacza. Fajnie by było częściej wybierać się w góry, ale niestety tradycyjny weekend nie stwarza takich możliwości. Dlatego właśnie uważam, że gdyby każdy np. ostatni (bo fajnie się wtedy w kalendarz patrzy) weekend miesiąca był ustawowo długim weekendem, to wystarczyłoby poza tym 20 dni urlopu, a nie 26 i każdy byłby bardziej wypoczęty. I bez proszenia się o wolne i ustalania harmonogramu. Jak sądzicie?

A co do naszej wyprawy w Góry Stołowe – to jadąc z małymi dziećmi polecam Wam Błędne Skały – jest mniej chodzenia, ale więcej zakamarków i są bezpieczniejsze (plusem są też ogromne jagodziska, więc warto wybrać się w lipcu na przegryzkę), a z większymi dziećmi lub jadąc w gronie dorosłych wybierzcie raczej Szczeliniec – jest więcej chodzenia, trzeba bardziej patrzeć pod nogi, ale wrażenia niezapomniane. Fajnie jest też podobno po czeskiej stronie, ale zabrakło nam czasu, żeby tam dłużej pochodzić, a to co widzieliśmy było mniej atrakcyjne od naszego terenu 🙂

Apetyt

Młody zaczął ostatnio JEŚĆ. Oczom własnym nie mogę uwierzyć ile to dziecko jest w stanie pochłonąć. Kiedyś „modlił się” nad każdą kanapką, z obiadami były problemy: to nie, tamtego też nie, a tego troszeczkę, ewentualnie ze wzlotami „gastronomicznymi” od czasu do czasu przy naleśnikach, plackach ziemniaczanych czy gołąbkach, których potrafił zjeść znacznie więcej ode mnie, a nawet od ojca, więc przy jego standardowej wielkości żołądka bałam się o jego zdrowie i zastanawiałam gdzie on to pomieścił. Teraz, od jakiegoś czasu zamienił salaterkę na zupę na duży talerz i wymienił mały talerzyk na drugie danie na wielki talerz, który każe sobie cały nakładać. Śniadania i kolacje też zwiększyły się objętościowo, a gdzie mu to wpada to nie mam pojęcia, bo nadal ma To-to tylko skórę i kości; no może jeszcze trochę mięśni, bo stara się ćwiczyć. Mam nadzieję, że nie przechwalę i nie przejdzie mu apetyt.

Młody ma też oczywiście rzeczy, których nie znosi, a którymi jest straszony na wypadek, gdy nie chce się uczyć 😉 Wiem, to okrutne, ale bić dzieci nie wolno, zresztą głupio by to wyglądało lać dryblasa 😉 a kara czy raczej motywacja jakaś musi być. Do wyboru mam szlaban na komputer, albo buraczki, pomidory i najgorsze… zupę dyniową do obiadu.

Poza tym, ostatnio zostałam szczęśliwą posiadaczką spieniacza do mleka, o którym myślałam od dawna. Myślałam, bo jakby nie patrzeć jest to po prostu gadżet bez którego da się żyć, a który nie mało kosztuje, bo nie chciałam takiej sprężynki na baterie, tylko całe urządzenie z podgrzewaczem. Jakiś czas zajęło mi też zastanawianie się i wahanie jak to umyć, bo jakby nie patrzeć jest to urządzenie elektryczne, kształtem zbliżone do młynka do kawy, do którego wlewa się mleko, które ma w środku jeszcze sprężynkę, a mleko wiadomo, to nie woda i jakoś urządzenie trzeba po nim umyć, a nie tylko powycierać. A tu okazało się, że są też spieniacze z odczepianym kubeczkiem, do którego wlewa się mleko i który później łatwo można umyć. I właśnie taki dostałam w prezencie od chłopaków 🙂 Koniec więc z kombinowaniem jak by tu spienić mleko, a później z myciem garnka i miksera (którego używałam kiedy mnie naszła ochota na latte) 🙂 Chłopcy stwierdzili, że mam tendencję do komplikowania sobie życia zamiast kupić odpowiednie urządzenie i że to tak jakby oni zamiast opalarki i szlifierki do wyczyszczenia futryn (co ostatnio robili) kupili sobie papier ścierny i bawili się w ręczne zdzieranie. No, bo jak widać moi chłopcy mają tendencję do przesadzania, ale skoro uważają, że ubijanie mleka mikserem to to samo co odnawianie drzwi, to ok. Mi to na rękę 🙂 Przy okazji kombinuję gdzie by tu w kuchni upchnąć kolejne szafki, bo miejsca mi brakuje… Może wymienię stół na wyspę z miejscem do siedzenia…

Przed świętami

No to jesteśmy przed kolejnymi świętami, które – zgodnie z prognozami – mogą być zimne lub ciepłe 🙂 Moim zdaniem nieważne jaka będzie temperatura, byleby było słonecznie tak jak dziś. Od jutra ma się zachmurzyć, więc zastanawiam się czy nie wyjść dzisiaj z pracy jak najwcześniej i nie pędzić do domu umyć okna, bo nie wiadomo czy w przyszłym tygodniu to się uda, a że dzień coraz dłuższy, więc z 2-3 zdążyłabym machnąć zanim się ściemni.

Z „domowych” rzeczy – kupiłam ostatnio nowe doniczki do zamontowania przy oknach na zewnątrz i maciejkę, która marzyła mi się już w zeszłym roku. Pamiętam ten zapach z dzieciństwa. Zawsze mama sadziła maciejki w ogródku pod oknem, ale myślę, że w doniczce też urosną.

A co w pracy? Do pokoju socjalnego wstawiono kuchenkę mikrofalową no i się zaczęło. Dotychczas wszyscy chodzili do kuchni zrobić kawę czy herbatę, którą zabierali do pokojów i śniadania w zasadzie jadło się przy biurku, pracując, blogując, twittując albo buszując w innych miejscach w internecie. Teraz większość osób je w kuchni, prześcigając się w tym „co masz dziś”. Przypomniało mi się zaglądanie do kanapek między dzieciakami w młodszych klasach podstawówki 🙂 Tyle, że u nas nie ma zamieniania się. Ludzie przynoszą różnego rodzaju zapiekanki, zupy, robią parówki z serem albo tosty, przygrzewają ciasta, pizze czy nawet „pełne obiady” – mięso, ziemniaki i warzywa.

Z bardzo pocieszających rzeczy jest zmiana muzyki w naszym pokoju. Współpracowniczki w końcu dały sobie spokój z hinduską muzyką. Stwierdziły, że teraz będą się odchamiać (no cóż, najwyraźniej doszły już do swojego maksymalnego pułapu, jeśli muszą) i puszczają operetki. Właśnie słuchamy Carmen. Nie jestem jakąś zapaloną miłośniczką oper i operetek, ale ta muzyka mnie nie drażni, więc jest to zmiana zdecydowanie na plus.