Podwójnie śmieszna sytuacja

Wczoraj popołudniu wybrałam się do sklepu. Nie było daleko, więc nie było sensu brać samochodu. Więcej czasu zabrałoby mi dotarcie na parking i dojazd naszymi krętymi osiedlowymi uliczkami. Poszłam na piechotę. W sklepie spędziłam trochę czasu, na tyle długo, że zdążyło się rozpadać. Kiedy wracałam, wybrałam dłuższą drogę, żeby nie chodzić skrótem po błotnistej ścieżce.

W ten sposób z parasolem w ręku przechodziłam koło przystanku, na którym – pod zadaszeniem stała moja sąsiadka. Bardzo się ucieszyła na mój widok i zapytała czy może się też schować pod moim parasolem, bo ubrała dziś nowy płaszczyk z wełną, wysiadła z autobusu a tu deszcz, a ona bez parasolki. Zgodziłam się, bo nie wiedziałam jak mi się będzie rozpychać, żeby uchronić płaszczyk, kosztem mojego i moich zakupów… No ale trudno. Przy samym osiedlu dotarła do nas jej córka z parasolką, bo stojąc na przystanku zdążyła do niej zadzwonić, żeby się dziecko przyszło z pomocą matce. To pierwsza śmieszna sytuacja, przynajmniej dla mnie, bo mi by do głowy nie przyszło odstawianie takiej szopki.

Druga była dzisiaj. W roli głównej ta sama sąsiadka zasuwająca tym razem rano do autobusu. W tym samym płaszczyku, bez parasolki mimo deszczu. Pytam jej dlaczego nie pod parasolem: a bo późno wyszłam i zaraz mi ucieknie autobus. Tym razem najwyraźniej płaszczyk okazał się nie tak cenny, żeby urządzać dla niego akcję ratunkową 😉

Z innych rzeczy bieżących: mam nadzieję, że w końcu przestanie padać i wiać. Nie wiem co gorsze, ale pogodę mamy okropną. W dodatku sprzyjającą przeziębieniom, przez co później nie wiadomo czy katar i ból gardła to wynik właśnie przeziębienia czy złapania covida, który bije w kraju rekordy popularności. A przewidywania są takie, że w lutym będzie jeszcze więcej zakażeń.

Tymczasem dobrej zabawy w karnawale 🙂