Święto, święto i po święcie

Wczorajsze Święto Niepodległości upłynęło bardzo przyjemnie. Co prawda nie ułożyło się w tym roku w żaden długi weekend, ale i tak miło mieć dzień wolnego w środku tygodnia. Można było dłużej pospać, posiedzieć przed telewizorem i na ogródku (mimo połowy listopada), przejść się na spacer. U nas nie padało. Było co prawda pochmurno, ale ciepło. Idealna pogoda, żeby wybrać się na rower albo na rolki. Mieliśmy ochotę przejść się na marsz, ale z uwagi na problemy w latach ubiegłych, nie zdecydowaliśmy się na to. Słyszałam, że w tym roku było spokojnie. Było zresztą sporo osób z małymi dziećmi. Mam nadzieję, że ukształtuje się już taka tradycja świętowania; może w przyszłym roku się przejdziemy. Nadrabialiśmy też zaległe prace domowe i byliśmy posprzątać na cmentarzu, bo kwiaty z 1 listopada już przywiędły, a wiatr pozrzucał część zniczy i ozdób.

Miałam upiec marcinki, ale rodzina, która próbowała je w zeszłym roku stwierdziła, że woli mniej słodkie rzeczy, więc upiekłam korzenną drożdżówkę – ona zawsze u nas „schodzi”, zwłaszcza do mleka 🙂

A za półtora miesiąca już Boże Narodzenie. Aż trudno uwierzyć, że tak szybko zleciał ten rok. Kolejny rok…

Ochłodziło się

Ależ dziś zimno i wietrznie. Aż dziecko napisało ze szkoły, że zmarzło na w-f i chciałoby na obiad jakąś rozgrzewającą zupkę. Najbardziej lubi rosół, ale chyba szybciej będzie ugotować np zupę z soczewicy z chilli… Zobaczę jak już uda mi się dotrzeć do domu. Jutro wolne, więc po drodze trzeba by zrobić zakupy, a że – jak wyżej: jutro wolne, więc i trzeba będzie przy kasie swoje odstać, bo nic to, że to tylko jeden dzień, to nie powód, żeby nie zrobić zapasów jak na dwa tygodnie. Przynajmniej taki wniosek można wywieźć z ilości jedzenia w większości wózków w marketach. Niestety, mi się akurat mnóstwo rzeczy pokończyło. Lodówka pusta, więc dołączę dziś do tego barwnego korowodu. A jutro, jeśli nic się nie zmieni na dworze, nie ruszam się z domu. Opatulę się kocykiem i będę oglądać filmy z lat 30tych 🙂 Takie cudownie naiwne, śmieszne, poprawiające humor. Z damami i gentlemenami, porządnie ubranymi.

Ostatnio miałam okazję przejechać przez kilka miast, a że musiałam zatankować, więc obserwowałam ceny benzyny. Mój wniosek jest taki: 1. ja chcę, żeby benzyna kosztowała tyle latem 🙂 2. ceny różnią się nie tylko w miastach i wsiach, ale i w miastach w różnych dzielnicach na tych samych stacjach (tej samej sieci). Czym bardziej dzielnica jest uważana za bardziej prestiżową, tym cena jest wyższa. Wyższe też są w małych miejscowościach i wsiach – zapewne ze względu na mniejszą konkurencję. To jednak wydaje mi się dość normalne, a przynajmniej do tego się przyzwyczaiłam, ale żeby takie znaczenie miały dzielnice. Tym bardziej, że nie chodzi mi tu o jakieś willowe osiedla (na których raczej nie ma stacji benzynowych), ale normalne tereny zabudowane w większości budynkami wielorodzinnymi, które z jakichś tam względów są uważane za lepsze (być może jest to taka dzielnicowa bańka spekulacyjna). Bo czym różni się mieszkanie w jednej dzielnicy od drugiej, porównywalnej jeśli chodzi o lokalizację? Wychodzi na to, że ceną paliw, które można zatankować w pobliżu domu…

Wstyd przyznać, ale dopiero wczoraj zmieniłam opony na zimowe. Całe szczęście, że nie było wcześniej przymrozków. Zwykle nie czekam tak długo, ale nie mogłam się dopchać do mojego ulubionego warsztatu. Myślałam, że jestem jedna z ostatnich, ale nie. Jak obserwuję samochody na mieście, to jeszcze wiele z nich jeździ na letnich gumach. Moim zdaniem to już nadmierne ryzykanctwo.